Ten pomysł pojawił się nagle. On właściwie istniał już w sferze pomysłów, w tym pustym bezkresie, z którego co losowy odstęp czasu udaje się jeden wyłowić.
W zeszłej połówce roku pożyczyłem przez siostrę niesamowitych „Mutantów i Miglancy” Mariusza Kruka. Koleżanka oddała po znacznej przerwie – i zapomniała, że książka nie posiadała obwoluty¹. W sumie to wyglądała na taką, która obwolutę posiadać powinna – jest beżowa i ma jeden zwykły napis.
Odstawiłem na półkę „Mutantów” w obwolucie zadośćuczynnej z szarego papieru. Książka wygląda ładniej (o ciut) oraz jest sympatyczniejsza i przytulna (co wcześniej nie miało miejsca).
I teraz, a właściwie dzisiejszego ranka – sięgam po coś nowego do noszenia: „Bogowie, władcy i zwykli ludzie” Stanisława Jedynaka wydają się dosyć ciekawi. Książka ma jednak pomiętą, zmiękczoną pokładkę (powód A), która nie jest specjalnie brzydka, ale czas ją oszpecił (powód B)
Chwyciłem natychmiast kawałek żółtego papieru (Chyba 250 g, trochę śliski²) i zrobiłem porządną obwolutę. Teraz bogowie i władcy są mobilni i niezniszczalni. Zwykli ludzie zresztą też.
Co ciekawe, oprócz naprawy doszło do pewnej metamorfozy laski w broń – moja chęć do trzymania książki otwartej w dłoniach wzrosła. Szalenie interesujące, Leszek.
¹ Obwoluty to szatan, ale jeśli robić je własnoręcznie na zasadzie wsuwania, a nie owijania – myślę, że stają się tą częścią Belzebuba, która jest odpowiedialna za muzykę Magmy.
² Papier rolkowy Mala z IKEA za dyszkę chyba będzie się najlepiej nadawać – istotny jest dotyk oraz pragnienie penetracji atramentu. Wszak własne grzbiety i oznaczenia (i bazgroły) są hiper – nie trzeba nic projektować, drukować lub przycinać!
† Addenda: Zorientowałem się, że istotna przy doborze papieru jest jego wytrzymałość na wilgoć dłoni.

