Leszek Pietrzak

Reading books by making nice covers

Ten pomysł pojawił się nagle. On właściwie istniał już w sferze pomysłów, w tym pustym bezkresie, z którego co losowy odstęp czasu udaje się jeden wyłowić.

W zeszłej połówce roku pożyczyłem przez siostrę niesamowitych „Mutantów i Miglancy” Mariusza Kruka. Koleżanka oddała po znacznej przerwie – i zapomniała, że książka nie posiadała obwoluty¹. W sumie to wyglądała na taką, która obwolutę posiadać powinna – jest beżowa i ma jeden zwykły napis.

Odstawiłem na półkę „Mutantów” w obwolucie zadośćuczynnej z szarego papieru. Książka wygląda ładniej (o ciut) oraz jest sympatyczniejsza i przytulna (co wcześniej nie miało miejsca).

I teraz, a właściwie dzisiejszego ranka – sięgam po coś nowego do noszenia: „Bogowie, władcy i zwykli ludzie” Stanisława Jedynaka wydają się dosyć ciekawi. Książka ma jednak pomiętą, zmiękczoną pokładkę (powód A), która nie jest specjalnie brzydka, ale czas ją oszpecił (powód B)

Chwyciłem natychmiast kawałek żółtego papieru (Chyba 250 g, trochę śliski²) i zrobiłem porządną obwolutę. Teraz bogowie i władcy są mobilni i niezniszczalni. Zwykli ludzie zresztą też.

Co ciekawe, oprócz naprawy doszło do pewnej metamorfozy laski w broń – moja chęć do trzymania książki otwartej w dłoniach wzrosła. Szalenie interesujące, Leszek.

¹ Obwoluty to szatan, ale jeśli robić je własnoręcznie na zasadzie wsuwania, a nie owijania – myślę, że stają się tą częścią Belzebuba, która jest odpowiedialna za muzykę Magmy.

² Papier rolkowy Mala z IKEA za dyszkę chyba będzie się najlepiej nadawać – istotny jest dotyk oraz pragnienie penetracji atramentu. Wszak własne grzbiety i oznaczenia (i bazgroły) są hiper – nie trzeba nic projektować, drukować lub przycinać!

† Addenda: Zorientowałem się, że istotna przy doborze papieru jest jego wytrzymałość na wilgoć dłoni.

Napisałem 83 days ago w kategorii

Historia H

Byłem ostatnio u Marty i gdzieś w międzyczasie, gdy dostały mi się w ręce kredki i papier, zacząłem się zastanawiać nad kształtem alfabetu. Brzmi pretensjonalnie, ale to nic. Przy pisaniu dużych liter jednym ruchem ręki pojedynczo (nie łącząc znaków), okazuje się, że nie każda z nich jest w stanie zachować swój oryginalny kształt.

Alfabet Leszka

Nasuwa się kilka obserwacji:

  • A jest takie edgy dwadzieścia lat wcześniej.
  • Przy nieudanym F zabrakło odwagi na podmianę (bo bardzo lubię F ostatnio).
  • H to odwrócone N!
  • K potrzebuje pamiętać miejsce rozpoczęcia i mocno „szarzy”.
  • Q bardzo ładnie wygląda.
  • Przy nieudanym T jest podobnie jak z F, z tą różnicą, że mniejsza sympatia z mojej strony.
  • X jest jeszcze nierozpracowany – szczególnie w piśmie odręcznym.

Tak jak żaden z tych moich pomysłów raczej się nie broni (pomijam raczej normalne Q), tak w rosyjskim И kryje się jakaś drobina czegoś. Stawia się zauważalnie szybciej od trzech kresek. Sam kształt jest ładny i interesujący (choć możliwe, że to tylko „tęsknota za egzotyką i/lub zmianą”). Podobieństwo do N nie przeszkadza, bo nie jest tak źle jak z zerem i O, a też 6 i 9 istnieją. Możemy pisać nawet taki fajny wyraz jak heat, który będzie sam za siebie mówił, jaki jest neat. Przynajmniej do czasu, gdy któreś pokolenie z kolei przyzwyczai się do nowej wersji „płotka” i przestanie czytać „odwrócone N” dosłownie.

Bo tutaj się pojawia klasyczny płot na drodze do wspaniałości – wiedza! Borykając się na rowerze z podejrzanością geniuszu mojego projektu, chcąc nie chcąc, musiałem w końcu sięgnąć do fachowej literatury. Skorzystałem z Wikipedii.

Znienawidzona przeze mnie (dla potrzeb argumentu) pozioma belka istniała już „od dawna”. Wszystkie egipskie płoty są temu winne. To właściwie wyjaśnia całe zajście. Były linie prostopadłe, kwadraty, różne „drabinki” i one przekazały geny naszej kochanej H. Ale wśród tej (niespecjalnie szczegółowej) wiedzy jaśnieje mała iskierka nadziei. Właściwie to dwie – jedna z alternatywnych wersji greckiej litery heta posiada moją wymarzoną ukośną poprzeczkę. Nie posiadając jeszcze dużych, spójnych systemów językowych, „filozofowie-geje” mogli sobie pozwolić na większą dowolność. Heta razem z eta dały nam wszystkie te różne zachodnioeuropejskie wersje N.

O ile też dobrze pamiętam, to kaligrafowane H z podstawówki jest bardzo kochane i jakby potwierdza moją tezę o ukośnej szybkości.

Homofobia

Tutaj jednak problem rozwikłany jest bardzo skutecznie i bardzo naokoło – przy takiej ilości zawijasów czasu na pewno nie zaoszczędzimy. Nie żeby czas był faktycznie marnowany i ważny. Nie żeby łezki w literach były faktycznie niefajne i bezzasadne.

Napisałem 193 days ago w kategorii

Neo-post-new age

Darek opowiadał w zeszły wtorek o swojej znajomej i jej eksperymencie. Choć może nie od końca można to ująć w ramach tego słowa. To taka masturbacja, tylko odwrotnie. Chodzi o to, że ta znajoma (nazwijmy ją Teodozja, bo nie pamiętam) miewa takie momenty, skraplanie się egoizmu do perfekcji. Siada i nic nie robi. Przez godzinę lub ileś. Kompletnie nic, a nie nic w stylu „słucham muzyki, gdy czytam książkę oglądając telewizję”. Miłe.

Nie należy jednak starać się o brak jakiejkolwiek myśli – co wbrew pozorom jest nader wymagające. (Nie będę napominał tu o starożytnym żarcie odnoszącym się do specjalnych umiejętności osób głupich). Chodzi o podarowanie sobie-sobie dłuższej chwili. Nie mamy pewności, że rzeczywistość wokół nas istnieje – nawet jeśli, to jest ona zbudowana z nie-nas. Najważniejsze co w całym życiu będziemy mieli, to siebie samego. Nasza jedyna własność (pieprzyć wspólnotowość Locke’a). Chodzi o pewien rodzaj – fuj – medytacji – fuj.

Przypomina mi to też inną historię – kochany pan Odangielskiego już ze cztery razy ją opowiadał na zajęciach. Pewnie nie pamięta. Ale przynajmniej teraz ja pamiętam. Oh ależ!

Jurek dużo podróżował. Trzy razy, gdzieś w cieplejszej części Tybetu, spotkał takiego mędrca, z którym udało mu się porozmawiać dopiero przy ostatniej wizycie. Śmieszny dziadek siedzi i jedyne co robi to nie reaguje na otoczenie. Mówi w końcu: Jestem w stanie samymi tylko myślami o budowaniu domu wytworzyć taką radość, jakbym faktycznie ten dom postawił. Historia prawie jak z mnmlista.

Napisałem 325 days ago w kategorii

Gdzie się podziały tamte libacje?

Ludzie nie potrafią się bawić. Siedząc z Michałem K. na martwej fontannie przed operą rozprawialiśmy o jednej z podstawowych czynności, o gromadnym odpoczynku. Nasza wiedza jest niewielka, ale czerpiąc z własnych doświadczeń, dostrzegamy istnienie problemu. Wydaje się, że ludzie nie potrafią rozmawiać, dzielić się problemami, spostrzeżeniami, a nawet prymitywnymi ciekawostkami. Leniwa degradacja i otumanienie. Nie mamy nic przeciwko ciszy, leniwości i otumanieniu, o ile następują świadomie.

Jeśli przyjąć, że dany delikwent spędza dwa wieczory tygodniowo na spokojnej libacji, to otrzymujemy około 100 dni w roku. Ojej, Leszek umie liczyć! Straszliwe. Dziesiątki wieczorów, które mimo spełniania pewnych pożytecznych funkcji, mogłyby być czymś zgoła wspanialszym. Nie mówię oczywiście o jakimś teatrowaniu – kto fajny chodzi dziś do teatru? Problem jest nawet z poprawnym spełnieniem się libacji. Gdzie się podziały toasty, rytualne przyśpiewki, wymyślanie fraszek, cytowanie fragmentów sprośnych lektur?

Libatio tristis – smutna libacja. Niesamowicie niezręczną ciszę wypełnia głośna muzyka, głośny telewizor albo never ending small talk. Brakuje improwizacji, życia i sensu. Smutne to szczególnie, gdy ramy takiego spotkania towarzyskiego wyznacza dosłowna obecność alkoholu. Alkohol jest nieskończenie kochany, ale nie może i nie powinien być jedynym przyczynkiem do gromadzenia się. Niezmiernie to wykalkulowane i refleksjotwórcze.

Napisałem 336 days ago w kategorii

Moja twarz jest sześćdziesiąta dziewiąta

Jakoś w zeszłym miesiącu przeczytałem na stronie Amy Ng o nie do końca innowacyjnym projekcie, ale za to do końca fajnym. Aurora postanowiła w tym roku stworzyć 365 portretów – spokojne, rozwijające tempo. Większość rysunków to prawdziwi, nie-gwiezdni ludzie – a podążając za radą owego wpisu, nawet ja się załapałem. Kochana jest.

Napisałem 357 days ago w kategorii